Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

GODONr12016jpg

 

 

wersja polska wstie     

MAS PALOMAS PRINCESS

Zaczęło się od gorączkowych przygotowań do wyjazdu życia. W pośpiechu kupowaliśmy walizki, kremy do opalania z wysokimi faktorami, stroje kąpielowe, przewodniki po Gran Canarii. Gorączkowo przeszukiwaliśmy internet w poszukiwaniu cennych wskazówek w pracy animatora, informacji i zdjęć hotelu. Dzień przed podróżą piętnaście razy na godzinę powtarzaliśmy listę rzeczy, które trzeba zabrać, w nocy nie mogliśmy spać. Każdy z nas chciał już, natychmiast tam być, zobaczyć hotel, pokój i całą wyspę w jednym momencie. Nie było to jednak takie łatwe. Podróżowaliśmy cały dzień. Bez większych problemów trafiliśmy na Okęcie (które w gruncie rzeczy trudno ominąć) i udając stoicki spokój czekaliśmy na samolot do Madrytu. Tak naprawdę wszystko się w nas gotowało z ciekawości. Jedni z nas bali się lotu samolotem, inni po prostu nie mogli się doczekać spotkania z Oceanem Atlantyckim. 

 

pasek1

W Madrycie wylądowaliśmy bez problemu, po czym dotarliśmy do terminalu 4, zastanawiając się, jak tu spożytkować trzy godziny pozostałe do odlotu. Ponieważ byliśmy głodni, udaliśmy się do hiszpańskiego McDonald's. Pierwsza niespodzianka – nikt nie potrafił mówić tam po angielsku! ,,Na migi'' próbowaliśmy wytłumaczyć pracownikom, że potrzebujemy łyżeczki! Przy ogólnym śmiechu w końcu każdy coś zamówił. Wreszcie nastąpił ostatni etap podróży – lot do Las Palmas! Hurra! Wszyscy gorączkowo zaczęliśmy dyskutować w samolocie, snując najróżniejsze hipotezy dotyczące pracy, temperatury powietrza i tym podobnych. Podróż minęła nam w okamgnieniu. Oto Gran Canaria otoczona ze wszystkich stron potężnym oceanem!

Zaraz po wyjściu z samolotu powitał nas pracownik hotelu Maspalomas Princess i łamanym angielskim wyjaśnił, że na nas czeka, a na dowód pokazał nam kartkę opatrzoną hotelowym logiem, na której widniały nasze nazwiska. Wsiedliśmy rozemocjonowani do klimatyzowanego, czystego busika, zdumieni porządkiem, jaki wszędzie tutaj panował. I po co były te nerwy przed podróżą?! Natychmiast zaczęliśmy się zachwycać widokami z okien busa. Palmy rosną przy drodze tak, jak w Polsce żywopłoty. Noc jest ciepła; kierowca wyjaśnił nam, że w dzień jest dwa razy cieplej. Wszędzie palmy, migdałowce i kaktusy. Nocny widok na oświetlone miasta zapierał dech w piersiach. Ale to jeszcze nie wszystko!


W końcu dojechaliśmy pod nasz hotel. Ogromne, oświetlone filary przy wejściu, zielony, wypielęgnowany ogród, wnętrze w marmurach a ogrom tego budynku oddaje może jedynie słowo: kolos. Okazało się, że są to dwa hotele: Maspalomas Princess i Tabaiba Princess. Przywitał nas bardzo sympatyczny recepcjonista, z którym natychmiast nawiązaliśmy nić porozumienia. Dostaliśmy karty do pokoi. Mimo późnej pory (było prawie wpół do trzeciej) postanowiliśmy, że idziemy przywitać się z oceanem. Zgodnie uznaliśmy, że znaleźliśmy się w raju. Palmy i kwitnące kaktusy były wszędzie. Pora była późna, więc nie spotkaliśmy wielu ludzi po drodze. Ocean był ogromny i czarny, lekko wzburzony, wydawało się, jakby też chciał nas przywitać. W świetle księżyca odbijały się białe grzbiety spienionych fal, a obok nas latarnia morska strzelała światłem hen, aż po kres oceanu. Tak, jesteśmy w raju!


Kolejny dzień mieliśmy wolny, więc natychmiast skorzystaliśmy z okazji, aby się opalić. Wyruszyliśmy brzegiem oceanu z wybrzeża, które znajduje się najbliżej nas – Dunas Maspalomas w kierunku Playa Del Ingles. Po godzinnym spacerze pomiędzy złotymi wydmami, a turkusowo-granatowym oceanem, postanowiliśmy wejść do wody. Idealna, aby się ochłodzić i słona jak ściany w kopalni soli w Wieliczce. Po leniwym dniu na plaży wróciliśmy do hotelu.

 

pasek2 

Rano powitał nas szef animatorów Dave. Miły, z fantastycznym poczuciem humoru. Pochodzi z Belgii. Udzielił nam wszystkich niezbędnych informacji. Dowiedzieliśmy się, że możemy jeść na sali restauracyjnej razem z klientami, pod warunkiem, że nosimy nasze ,,uniformy” podczas posiłku. Za chwilę okazało się, jak wyglądają te uniformy – białe i niebieskie bluzki z logo hotelu, niebieskie krótkie spodenki i długie czarne – na kolację i wieczory. Po tej wymianie formalności rzuciliśmy się w wir pracy. Na początku mieliśmy bacznie obserwować i uczyć się. Natychmiast podchwyciliśmy, kiedy są godziny wolne, co można, a czego nie wypada mówić i robić. Wśród animatorów panował bardzo miły zwyczaj jedzenia lunchu wspólnie. Jakie było nasze zaskoczenie, kiedy przy stole rzucając wszystkim na powitanie ,,Hola” usłyszeliśmy w odpowiedzi kilka ,,Hola” i jedno...,,Cześć”! Okazało się, że jedna z animatorek pochodzi z Polski! No to już mieliśmy kawałek domu za granicą!

Wszyscy animatorzy są szalenie sympatyczni, każdy na swój sposób – jedni po włosku, inni po słowacku, kolejni po szwedzku, węgiersku i hiszpańsku. Mamy tutaj naprawdę niezłą mieszankę kulturową. Przydaje się to w tej pracy, jako że polega ona na organizowaniu czasu wolnego i rozrywki, a nic tak nie działa na rozluźnienie się jak śmiech. Kiedy więc po angielsku próbujemy sobie wytłumaczyć swoje zwyczaje wszyscy mają ubaw!

Pracę zaczynamy zwyczajowo o 11 przed południem, mamy więc czas, aby się wyspać i być rześkim. Zaczynamy od Mini Clubu dla dzieci, gimnastyki w wodzie lub siatkówki. Później leci cała gama rozmaitych rozrywek: strzelanie z wiatrówki, strzelanie z łuku, koszykówka, piłka nożna, gry dla dzieci i dla dorosłych, joga, pilates, ćwiczenia step i wiele, wiele innych. Jesteśmy aktywni do 16:00, wyłączając przerwę na lunch od 13:00 do 14:00. Później mamy długą przerwę. Pierwsze dni biegaliśmy po okolicy, chcąc ją lepiej poznać. Teraz często umawiamy się z pozostałymi animatorami na kawę albo na plażę.

Później przychodzi czas na Mini Disco! Otwieramy salony w Maspalomas i w Tabaibie. Ustawiamy światła, dźwięk, programujemy odtwarzacz na odpowiednie piosenki. Potem zaczyna się dyskoteka dla dzieci. Na początku prowadziliśmy ją wraz z doświadczonymi animatorami, ale powoli zaczynamy sami być liderami Mini Disco. Bardzo odpowiedzialna funkcja! Tak naprawdę trzeba się nauczyć, jak nauczyć dzieci kilku prostych kroków do piosenek. Później przygotowujemy się do wieczornego show. Jeśli jest to show z zewnątrz, zazwyczaj przypatrujemy się, jak obsługiwać stanowisko Dj-a. Nie jest to wcale takie proste. Trzeba wiedzieć, kiedy włączyć jakie światła, a jest ich chyba z pięćdziesiąt, kiedy ma być kolejna piosenka, kiedy ściszyć, a kiedy włączyć bardzo głośno. W te klocki stanowczo lepsi są Bartek & Bartek. Za to kiedy animatorzy mają show... ha! To dopiero jest wyzwanie! Na samym początku pomagaliśmy im i bacznie obserwowaliśmy choreografię, światła i oprawę. Teraz właśnie to my przygotowujemy się do pierwszego występu! Ale niech to pozostanie tajemnicą do następnego raportu, jako że nie chcemy zapeszać!
 
Wolny czas spędzamy na plaży lub na zwiedzaniu – zależy od nastrojów i pogody. W zeszłym tygodniu Aneta i Bartek wybrali się do Palmitos Parku – ogromnego zoo, ogrodu botanicznego i theme parku w jednym. Byli pod wrażeniem całości. Oglądali pokaz z delfinami, papugi jeżdżące na rowerze i na hulajnodze oraz mnóstwo innych, ciekawych rzeczy. Kolejnego dnia wybrali się razem z Gabrysią, a także z recepcjonistą na zwiedzanie jego rodzinnego miasta. Okazało się, że ludzie mieszkają tu jeszcze w jaskiniach!

Drugi Bartek i Michasia w wolnych dniach próbowali surfingu. Bardzo trudny sport, dla cierpliwych ludzi. Trzeba uważać i nie wypuszczać się na ogromne fale. Przygoda na mniejszych skończyła się dla Michasi zdartym kolanem. Na szczęście tylko zdartym:) Ale nie zniechęcamy się tak łatwo i próbujemy do skutku!:)

 

Pozdrawiamy,
Michasia, Aneta, Gabrysia, Bartek & Bartek

 

pasek3