WĘDROWIEC O PROF. JANUSZU SONDELU

Liczni przedstawiciele nauk społecznych i historycznych czy też badacze idei rezygnowali w czasach PRL z podejmowania wybranych tematów, które były niemile widziane przez decydentów politycznych bądź wręcz nie miały szans na publikację. Działalność ośrodków emigracyjnych w niewielkim stopniu to kompensowała. Półwiecze 1939-1989 (bo doliczyć jeszcze przecież trzeba okres okupacji niemiecko-sowieckiej) pozostawiło po sobie znaczącą lukę w dorobku polskiej humanistyki.

O istnieniu tej luki przypominają pojawiające się po 1989 r. publikacje, które przyczyniają się do jej zapełnienia. W roku ubiegłym ukazała się książka profesora Janusza Sondela Zawsze wierny. Uniwersytet Jagielloński a Kościół rzymskokatolicki opublikowana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. To niewątpliwie jedna z pozycji, które w innych okolicznościach

mogłyby ukazać się kilkadziesiąt lat wcześniej, chociażby na jubileusz 600-lecia UJ w 1964 r., aczkolwiek w tamtych latach byłaby dziełem uboższym przede wszystkim o perspektywę pontyfikatu Jana Pawła II.

 

Korzenie uniwersytetu

W szkołach PRL jak mantrę powtarzano nam: Uniwersytet Jagielloński założył Kazimierz Wielki w 1364 r. Tę samą informację zawierały publikacje o charakterze popularnym. Z prac

specjalistycznych można było się dowiedzieć, że dokumentem o istotnym znaczeniu dla założenia Akademii Krakowskiej była bulla papieża Urbana V i to jego zgoda otworzyła drogę do powstania uczelni. Lecz nawet w pracach o charakterze stricte naukowym kwestię relacji między uczelnią a Kościołem marginalizowano lub omawiano wycinkowo. W końcu UJ był szkołą państwową, a państwo było socjalistyczne, więc władza krzywo patrzyła na "wypominanie" uniwersytetowi papieskich korzeni i kilkuwiekowych związków z hierarchią Kościoła. W swej pracy prof. Janusz Sondel wszechstronnie przedstawił ten aspekt dziejów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zrelacjonował stanowisko papieży wobec uczelni, omówił istotę zwierzchnictwa biskupów krakowskich nad nią, nakreślił postacie związanych z nią teologów i kanonistów krakowskich, pokazał też zaangażowanie uniwersytetu w sprawy wiary i Kościoła, np. w dzieło chrystianizacji Litwy.

Jak doszło do powstania tej ważnej książki? Zadecydował o tym szczególny splot wydarzeń, u którego początków było... prawo rzymskie.

Hitlerowska lista

Prof. Sondel urodził się we Lwowie dwa lata przed wybuchem II wojny światowej. Historia jego rodziców mogłaby stanowić kanwę osobnej książki. Ojciec Jan, żołnierz I Brygady Legionów Józefa Piłsudskiego wybrał się za młodu do Wiednia, by podjąć studia w szkole rolniczej (Hochschule fur Bodenkultur).

Ukończył je już po wybuchu I wojny. W Wiedniu poznał swoją przyszłą żonę - córkę austriackiego Czecha i szlachcianki spod Tarnopola.

Jan Sondel nie poprzestał na wykształceniu rolniczym i uzupełnił je studiami prawniczymi w Krakowie, uzyskując z obu tych dziedzin doktoraty. Ułatwiło mu to później objęcie stanowiska dyrektora majątków miasta Lwowa. Na rok przed wybuchem drugiej wojny światowej przeniósł się z rodziną do Bojanowa Poznańskiego, gdzie został dyrektorem zespołu czterech szkół o profilu rolniczym. Kształciła się w nim znaczna grupa młodzieży pochodzenia szlacheckiego, którą przygotowywano do prowadzenia własnych majątków.

Ponieważ miejscowość znajdowała się tuż przy ówczesnej granicy z Niemcami, uczniowie wpadli na trop niemieckiej organizacji dywersyjnej. Powiadomiony o tym Jan Sondel przekazał

informacje polskiemu kontrwywiadowi, słynnej "dwójce". W rezultacie Niemcy umieścili jego nazwisko na liście osób poszukiwanych, jeszcze przed napaścią na Polskę, do czego niewątpliwie

przyczynił się fakt, że był również aktywnym działaczem Polskiego Związku Zachodniego dążącego do odzyskania ziem piastowskich. Mając świadomość zagrożenia uciekł po wybuchu wojny z Bojanowa i postanowił ukryć swoją tożsamość. Zmienił wtedy nazwisko na Karol Sądel (co Niemcy odczytywali jako Sadel) i zaczął udawać obszarnika spod Lwowa. Poza tym kilkakrotnie w czasie okupacji wraz z rodziną przenosił się z miejsca na miejsce, szczęśliwie unikając aresztowania. Działając w podziemiu, przez pewien czas wydawał w Prandocinie konspiracyjne pismo "Ogniem i mieczem" wspominane przez polską rozgłośnię w Londynie.

 

Medal na biurku

Właśnie w tymże Prandocinie sześcioletni Janusz rozpoczął edukację. Gdy po paru miesiącach rodzice przenieśli się do Łososiny Górnej, kierownik tamtejszy szkoły przyjął chłopca do II klasy uznawszy, że z wiadomościami, jakie już ma, będzie się w niższej klasie nudził. W efekcie maturę zdawał jako 16-latek, a studia kończył mając zaledwie lat 20.

Jeszcze w podstawówce wpadł mu w ręce przypadkiem komentarz do kodeksu karnego z biblioteki ojca. Tak go ta lektura wciągnęła, że zaczął poważnie interesować się prawem. Jednak na studiach nie wybrał prawa karnego lub cywilnego. Zniechęcił go, jak sam przyznaje, tłum ludzi wybierających te seminaria. Poza tym nie bez znaczenia był jego młody wiek. Gdyby chciał pójść do pracy w sądzie, musiałby po uzyskaniu dyplomu czekać na osiągnięcie 26 lat - całe sześć lat. Przyjął więc propozycję prof. Osuchowskiego i zaczął się specjalizować w prawie rzymskim.

Lata studiów na UJ wspomina jako twardą szkołę, ale wysiłek włożony w naukę opłacił się. Wkrótce po obronieniu w 1964 r. doktoratu (Szczególne rodzaje depozytu w prawie rzymskim) dowiedział się o konkursie prac doktorskich we Włoszech. Za namową prof. Osuchowskiego zgłosił swoją. Był jedynym przedstawicielem państw zza "żelaznej kurtyny". Zaproszony przez organizatorów wybrał się do Neapolu, ale ze względu na układ połączeń lotniczych wyjechał przed ogłoszeniem decyzji jury.

Kilka tygodni później przyszedłszy do pracy znalazł na swym biurku mały pakuneczek. W środku był srebrny medal przesłany przez uniwersytet w Neapolu za pośrednictwem ambasady włoskiej. Dziś bywając na sympozjach międzynarodowych prof. SondeI spotyka dawnych uczestników konkursu.

 

Ze starożytnego Rzymu do Polski piastowskiej

Osiem lat po doktoracie uzyskał habilitację na podstawie rozprawy Precarium w prawie rzymskim. Im bardziej zagłębiał się w obraną tematykę badań, napotykał na coraz większe problemy wynikające z braku w Polsce potrzebnej literatury. O ciągłym podróżowaniu do zagranicznych bibliotek nie było mowy, a poprzez wypożyczalnię międzybiblioteczną Jagiellonki mógł jednocześnie sprowadzić z zagranicy najwyżej cztery tytuły. Nawet z pomocą kolegów, którzy udostępniali mu swoje konta, było to dość kłopotliwe. I wtedy skierował swe zainteresowania ku zagadnieniu, które nie narzucało takich ograniczeń. Zaczął badać wpływy prawa rzymskiego na kulturę prawną w Polsce. Przeanalizował pod tym kątem całe dzieje przedrozbiorowe. Z dużym odzewem spotkała się jego praca Ze studiów nad prawem rzymskim w Polsce piastowskiej. Z czasem miało się okazać, że jest to wstęp do kolejnej zmiany profilu zainteresowań naukowych. Poszukując śladów prawa rzymskiego w naszych dziejach ojczystych musiał bowiem zagłębić się w historię Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wszak Kazimierz Wielki w swoim akcie fundacyjnym z 12 maja 1364 r. wyrażał wolę powołania aż pięciu katedr prawa rzymskiego na jedenaście wszystkich planowanych.

Prof. Sondel zauważył też, że w przyjętym dla uniwersytetu trybie sądzenia świeckich członków społeczności akademickiej przyjęto za podstawę orzecznictwa właśnie prawo rzymskie. Zasada ta wykazała zadziwiającą żywotność i przetrwała aż do reformy przeprowadzonej przez Kołłątaja w drugiej połowie XVIII stulecia. I tak od seminarium prawa rzymskiego u prof. Osuchowskiego doszedł Janusz Sondel do historii swej macierzystej uczelni.

 

17 lat i 6 godzin

Lecz zanim powstała książka o więzach UJ z Kościołem, prof. Janusz Sondel napisał inne dzieło, którym zaskarbił sobie wdzięczność sporego grona czytelników, a może raczej należałoby powiedzieć - użytkowników. Chodzi o Słownik łacińsko-polski dla prawników i historyków obejmujący 100 000 haseł. Takie książki są przeważnie owocem pracy zespołów redakcyjnych liczących niekiedy nawet kilkanaście osób. Prof. Sondel pracował sam. Zajęło mu to równe 17 lat i 6 godzin. Skąd taka dokładność? Akurat tak się złożyło, że pracę nad słownikiem rozpoczął w przededniu zabiegu chirurgicznego i z tego powodu zapamiętał tę chwilę bardzo dokładnie.

Przyznaje, że ma duszę solisty. Lepiej mu się pracuje samodzielnie niż w zespole. Woli sam odpowiadać za efekty swej pracy niż dzielić odpowiedzialność z innymi. Mówi, że nie zawsze odpowiada mu to, co pisze ktoś inny, a co - w przypadku tworzenia pracy zbiorowej - trzeba często akceptować. Sam chce pisać, co uważa za stosowne, bez ryzyka, że ktoś zechce w to ingerować.

Pracę nad słownikiem musiał godzić z innymi zajęciami badawczymi i z dydaktyką. Dlatego nazywa to pracą z doskoku. Tylko pokażcie mi drugiego badacza, który za "pracę z doskoku" dostał najwyższe polskie wyróżnienie naukowe! A właśnie w ten sposób - przyznając w 1998 r. nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, czyli "polskiego Nobla" - uhonorowano prof. Sondela za jego słownik. Z tego samego tytułu otrzymał też przyznawane przez UJ Laury Jagiellońskie i nagrodę ministra edukacji narodowej.

Prorektor od spraw beznadziejnych Nienajmilej wspomina prof. Sondel trzy lata spędzone na stanowisku prorektora UJ. Było to w pierwszych latach po upad ku PRL, a on - jak sam mówi - został prorektorem od wszystkich spraw beznadziejnych: kadrowych, finansowych, lokalowych.

Uczelnia borykała się z olbrzymimi problemami materialnymi. Brakowało środków na wypłaty stypendiów i pensji. Właściciele kamienic, w których znajdowały się jednostki uniwersyteckie, wymawiali umowy, licząc na większe zyski za wynajem lokali bogatym instytucjom. W tym trudnym okresie nawet znajomość prawa rzymskiego mogła sprawiać kłopoty... Istnieje w prawie rzymskim, jak wyjaśnia profesor, zasada dobrej wiary (bona fide), czyli zachęta do okazywania zaufania partnerom w interesach. Niestety, stosowanie jej w praktyce nie wychodziło na dobre, bowiem firmy świadczące uniwersytetowi usługi próbowały to cynicznie wykorzystać. Po tych doświadczeniach Sondel powiedział sobie "dość" i nie przyjął już więcej na UJ żadnej funkcji poza kierownictwem katedry. Jednak sześć lat temu po dłuższych namowach zgodził się pokierować uczelnią niepubliczną - Wyższą Szkołą Turystyki i Ekologii w Suchej Beskidzkiej. Uznał, że szkoła ta może zrobić wiele pożytecznego dla lokalnej społeczności, a poza tym jej profil był zgodny z wielką pasją jego życia - turystyką. Zresztą do mariażu zamiłowań z pracą naukową doszło znacznie wcześniej, gdy po habilitacji przyjął ofertę wykładów w krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego i stał się specjalistą w dziedzinie prawa w turystyce.

 

Na piechotę

W tym roku Janusz Sondel osiągnął wiek emerytalny dla profesorów (70 lat), lecz przecież w niczym emeryta nie przypomina. Na UJ przekazał wprawdzie następcy kierowanie katedrą prawa rzymskiego, jednak nadal prowadzi zajęcia ze studentami. Planuje nowe książki. Jednocześnie dwa lub trzy razy w tygodniu obiega Błonia dookoła i to bez odpoczynku (!), z czego jest bardzo dumny, natomiast w każdą niedzielę wraz z grupą znajomych odbywa bieg od Parku Jordana aż do Lasku Wolskiego.

Ot tak, dla podtrzymania kondycji. Mówiąc o profesorze trzeba bowiem pamiętać, że ten znawca prawa rzymskiego, który tysiące godzin przesiedział nad książkami, zna praktycznie wszystkie pasma górskie w Polsce z wyjątkiem wschodnich Tatr (gdzie zresztą nigdy, jak twierdzi, go nie ciągnęło). Tylko w latach 1965 i 1966 przeszedł na piechotę

całą Polskę południową. Rozpoczął od miejsca, w którym szlak niebieski przecina "zakopiankę" w Rdzawce i idąc w kierunku na Stare Wierchy, Turbacz, Krościenko i dalej doszedł aż na Halicz, szczyt w pobliżu granicy z ówczesnym ZSRR. Następnego roku rozpoczynając znów od tego samego miejsca przy "zakopiance", wyruszył w kierunku granicy zachodniej. I wszystko to przeszedł na piechotę. Nawet jeśli się zdarzyło podjechać autobusem ze względu na brak noclegu w danej miejscowości, następnego dnia wracał, by pokonać ten odcinek na piechotę. W Zgorzelcu dotarł do samego szlabanu granicznego. Motyw wędrówki jest zresztą obecny w całym jego życiu. Czyż nie był też wędrowcem na ścieżkach nauki? Nie pokonał długiej drogi od prawa rzymskiego przez prawo staropolskie, prawo w turystyce, leksykografię łacińską aż do badania dziejów macierzystej uczelni?

Lesław Peters

< wstecz