Zdajemy sobie sprawę, że dziś wygrać przyszłość mogą tylko... więcej
KROŚCIENKO 2005 ĆWICZENIA TERENOWE
Dla wielu z nas przygoda rozpoczyna się już wtedy, gdy wybieramy inną niż co dzień drogę do pracy. Galopujący rozwój cywilizacji zabił w nas naturalne instynkty. Człowiek zapomniał, że jest integralną częścią natury; nie kładzie się spać o zmroku i nie wstaje o świcie, czystą wodę kupuje w supermarketach. Pierwotny strach przed niebezpieczeństwem zastąpił irracjonalny strach przed nieznaną przyszłością. Życie to MATRIX. Tymczasem okazuje się, że rzeczywistość istnieje. Są gdzieś miejsca, gdzie rzeki maja swoje źródła, gdzie powietrze nie ma zapachu spalin, gdzie człowiek uświadamia sobie, że jest częścią wszechświata i aby tego zaznać, trzeba tylko umieć i chcieć podjąć ryzyko przygody. Było piękne majowe popołudnie. Po niezbyt długiej, lecz nużącej z powodu upału podróży dotarliśmy na pole namiotowe w Wietrznicy. Smugi światła przebijały przez korony drzew, a śpiewające w dzikim pejzażu bujnej roślinności ptaki zagłuszał śmiech i gwar rozmów przybywających obozowiczów. Wszyscy byli spragnieni przygody, ale równocześnie pełni obaw, czy aby podołają czekającym ich zadaniom.
Pierwszy dzień ćwiczeń terenowych. Bezchmurne niebo już od rana wróżyło piękną pogodę. Po śniadaniu i porannej toalecie wszyscy uczestnicy udali się na zbiórkę, gdzie zostali podzieleni na grupy - każdej z grup zostały przydzielone zadania na dany dzień. Nasza grupa zaczęła zabawę od pontonowego spływu przełomem Dunajca. Wówczas wydawało mi się to jedną z tych rzeczy, z którymi na pewno sobie nie poradzę. Chociaż z duszą na ramieniu, postanowiłam jednak stawić czoła wyzwaniu. Do miejsca, z którego mieliśmy rozpocząć spływ, miał nas dowieźć autokar, jednak z powodu wypadku, który wydarzył się na trasie, dalszą część drogi zmuszeni byliśmy pokonać na piechotę. W końcu dotarliśmy do celu i po krótkim instruktażu, jak się zachować, gdy ktoś z nas wpadnie do wody, ubrani w kapoki i kaski " zaokrętowaliśmy się" w pontonach. Już wcześniej ustaliliśmy, kto z kim płynie. Nasza grupa liczyła dziesięć osób - trzy dziewczyny i siedmiu chłopaków - toteż wybraliśmy największy ponton. Skład osobowy nie był dziełem przypadku; męska załoga stanowiła większość, ponieważ z założenia do chłopaków miało należeć wiosłowanie, natomiast zadaniem dziewcząt było tylko być i przetrwać. Po zajęciu miejsc okazało się, że wiosłować muszą wszyscy, a w ogóle nie jest to takie straszne, jak się nam wydawało. Ba - nawet całkiem przyjemne!
Jak tylko udało się skoordynować pracę wioseł i przestaliśmy się nimi nawzajem okładać, a ponton już nie kręcił się w kółko i obrał w końcu właściwy kurs, obudził się w nas duch rywalizacji. Szybko wyprzedziliśmy innych, a znalazłszy się w czołówce, postanowiliśmy się trochę zabawić i podpływając znienacka do innych pontonów, chlapaliśmy wodą, zyskując tym samym przydomek piratów. Inni chętnie przyłączyli się do zabawy, nawet przypadkowe osoby przepływające obok w kajakach. Wkrótce staliśmy się atrakcją dla płynących z flisakami na tratwach turystów, którzy zamiast fotografować urokliwy przełom Dunajca i piętrzące się pionowo ściany wapiennych szczytów, obiektywy swoich aparatów kierowali w naszą stronę, a my chętnie pozowaliśmy do zdjęć, zapominając całkowicie o lęku, który rano jeszcze nam towarzyszył. Po dopłynięciu do Krościenka, przebraliśmy się w suche ubrania i wyruszyliśmy w dalszą trasę. Tym razem celem stały się Trzy Korony,a że mieliśmy znaczne opóźnienie, aby zyskać trochę na czasie, ustalono, że dotrzemy na szczyt wiodącym przez bukowo-jodłowy las, żółtym szlakiem i tą samą drogą wrócimy na dół. Przewodnik narzucił dosyć szybkie tempo, które w parze z panującym upałem i trudnością żółtego szlaku okazały się dla wielu osób zbyt dużym wyzwaniem, dlatego musiały zawrócić na dół. Mnie udało się dotrzeć na szczyt. W myślach powtarzałam sobie, że łatwo jest zrezygnować z czegoś, czego nie musi się zrobić. Poczułam ogromną satysfakcję bo dałam z siebie wszystko. Odczuwając ból każdego mięśnia, wiedziałam, że naprawdę żyję. Gdy popatrzyłam w dół, w uszach zabrzmiały mi słowa piosenki Włodzimierza Wysokiego - "Skałołazka".
Zapytałem cię, ki diabeł w góry ciągnie was,
Po co się pchać na szczyt , i na co toto wam,
Kto normalny by na te parszywe skały lazł ?
Roześmiałaś się, mówiąc : - spróbuj sam . "
Gdy po całym dniu wrażeń wracaliśmy do obozu, byliśmy zmęczeni, ale i zadowoleni. A właściwie nie dokonaliśmy niczego wielkiego, nie zdobyliśmy nowych szczytów, nie okryliśmy nowych lądów. Dzień , który minął, nie był podobny do innych dni, które nie różniąc się znacznie od siebie, rozmywają się w czasie i pamięci.
Dzień drugi - znowu poranny apel, podsumowanie dnia wczorajszego i znowu wyruszyliśmy na szlak. Tym razem trasa wiodła przez wschodnią część Pienin, tak zwane Małe Pieniny, których najwyższym szczytem są Wysokie Skałki. Małe Pieniny ciągną się na długości około dwunastu kilometrów aż do Wąwozu Homole. Trasa była dłuższa niż ta, którą przemierzyliśmy dnia poprzedniego, ale znacznie mniej stroma, dodatkowo pierwsze wzniesienie pokonaliśmy kolejką krzesełkową. Dalsza droga, pomijając kilka stromych wzniesień, była przyjemnym spacerem. Dzień był upalny, duża część szlaku prowadziła w otwartej przestrzeni, dlatego marzyliśmy o cieniu. Tempo marszu było dość wolne, toteż oczy nasze mogły nacieszyć się widokiem osobliwego krajobrazu.
Kołyszące się przy każdym podmuchu wiatru trawy zdawały się falować niczym zielone morze. Kiedy upał stawał się nie do zniesienia, nagle na horyzoncie ukazywał się obiecujący ochłodę cienisty las, po czym znowu mroczne ostępy otwierały się niespodzianie na zalane słońcem łąki.
I tak wędrując w słońcu i cieniu dotarliśmy do Wąwozu Homole, miejsca, którego widok zapierał dech. Góry, potok i rośliny - zaskakująco ze sobą zestawione tworzą niezwykły krajobraz.
W promieniach południowego słońca wszystko zdawało się połyskiwać i skrzyć. Wtedy bardziej niż kiedykolwiek czułam, że oddalam się od znanego mi świata, a obcując tak blisko z przyrodą, staje się jej częścią i tym samym zbliżam się do Stwórcy.
Myślę jednak, że wielu ludzi tego nie odczuwa. Dla nich jest tu tylko pięknie.
Mogłabym tak trwać w euforii i zachwycie, gdyby nie wizja czekających mnie jeszcze w tym dniu zadań, a mianowicie zabaw na linach. Słowo "liny" - powodowało, że truchlałam, jednak w końcu musiałam zmierzyć się z przeznaczeniem.
Zaczęłam od tego, co wydawało mi się najłatwiejsze, wspięcia się na liny rozpięte między drzewami jak pajęczyna. O dziwo, udało mi się to bez najmniejszego trudu. Kiedy pokonałam pierwszy strach, podjęłam się kolejnego wyzwania. Tym razem liny rozwieszone były między drzewami w postaci mostu. Następne zadanie było trudniejsze. Przeprawiliśmy się pontonem na drugi brzeg Dunajca. Tam trzeba było przy pomocy sznura wspiąć się na strome wzniesienie i zjechać na rozpiętych nad rzeką linach, na jej drugi brzeg. Nie wiem, jak udało mi się to zrobić, zamknęłam oczy i ruszyłam w dół. Oczy otworzyłam dopiero, kiedy poczułam pod nogami grunt. Na więcej nie starczyło mi już odwagi, ale ćwiczenie wykonałam.
Na koniec zostawiłam sobie zadanie polegające na układaniu piramidy ze skrzynek na piwo i wspinanie się na wierzchołek. Aby zaliczyć to zadanie, należało stanąć co najmniej na pięciu skrzynkach. Mnie udało się postawić jedenaście, jednak nie zdołałam na nich stanąć. Tak wiec zaliczono mi dziesięć, z czego i tak jestem bardzo dumna.
Pokonanie wszystkich tych zadań, to pokonanie moich własnych słabości, lęków przed nieznanym. Wszystko wydaje się być trudne, dopóki nie stawimy temu czoła, a wówczas przybiera inny wymiar. Patrząc z innej perspektywy dostrzegamy, że to co do niedawna budziło w nas lęk i wydawało się być ponad nasze siły, nagle stało się fascynujące i możliwe do wykonania.
Mając za sobą dwa pełne wrażeń dni, mogliśmy uczcić nasze dokonania wspólną zabawą przy ognisku. Atrakcją tego wieczoru był wspólny występ wirtuoza gitary - magistra Mariusza Gałczyńskiego i naszego szkolnego kolegi Jakuba. Duet ten potrafił rozbawić towarzystwo, "nogi same rwały się do tańca" i o dziwo nikt już nie pamiętał, że jeszcze niedawno wszyscy był zmęczony. Muzyka i dobre towarzystwo stały się "balsamem" na obolałe ciała.
Wspólny wyjazd zintegrował studentów WSTiE. Do tej pory byliśmy tylko grupą znajomych, których życiowe drogi skrzyżowały się w jakimś momencie, przypadkowym zrządzeniem losu. Teraz te znajomości stały się bliższe, zawiązały się przyjaźnie. Mogliśmy się lepiej poznać. Inna niż na co dzień sytuacja odkrywa prawdziwe oblicze człowieka. Opadają "maski", jakie każdy z nas przyodziewa co dnia i wyłania się człowiek, taki, jakim jest naprawdę, niedoskonały, ze swoimi wadami i słabościami, ale piękny, bo prawdziwy.
(Sprawozdanie z ćwiczeń terenowych
Edyta Pyka )
95 najlepszych
niepublicznych
uczelni
licencjackich
z 200 funkcjonujących
w Polsce