![]() |
||||
|
|
|||
Na wolnym rynku wykształcenie jest produktem jak każdy inny. Coraz więcej młodych ludzi traktuje szkołę wyższą jako proste narzędzie, które ma im zapewnić sukces. Jego miarą jest prestiżowe stanowisko w renomowanej firmie albo własny biznes i godziwe zarobki, które zapewnią znacznie więcej niż szare życie od pierwszego do pierwszego i egzotyczne wakacje... na ekranie telewizora tudzież spłacane przez wiele lat ciasne M i samochód z drugiej ręki. Powszechne wśród młodych Polaków pragnienie życia takiego, jakie wiodą rówieśnicy w krajach wysoko rozwiniętych, jest o tyle uzasadnione, że bezrobocie wreszcie przestało straszyć, młodzi ludzie znają swoją wartość i są świadomi, że jeśli nie znajdą dobrej pracy w Polsce, to mają alternatywę - mogą wyjechać za granicę, a tamtejsi pracodawcy przyjmą ich z otwartymi ramionami i o niebo lepszymi płacami.
Dlatego inwestują w siebie. Obok nauki dzień mają wypełniony dodatkowymi kursami i obowiązkowo - pracą. Na IV, V roku wielu studentów umiejętnie lawiruje pomiędzy zajęciami na uczelni, a poważnymi obowiązkami zawodowymi.
Tymczasem coraz częściej pracodawcy podnoszą głosy, że rynek pracy sobie, a szkoła sobie - absolwent opuszcza mury uczelni kompletnie nie przygotowany do pracy, trzeba go wszystkiego od początku uczyć, a to przecież kosztuje - czas i pieniądze. Taki delikwent z dyplomem wyższej uczelni nie zna biegle dwóch języków, nie umie pracować w Excelu, jąka się podczas wystąpień publicznych i nie potrafi pracować w grupie. Pracodawcy oczekują, że po kilku latach nauki szkoła wypuści na rynek pracy doskonały "produkt", który spełni jego rosnące wymagania. Szkoła - zdaniem pracodawców - ma nie tylko dawać wiedzę teoretyczną. Musi też kształtować osobowość - elastyczną, mobilną, innowacyjną i potrafiącą twórczo rozwiązywać problemy.
Polscy pracodawcy wytykają też uczelniom wyższym, że nie próbują diagnozować, jakich kompetencji potrzebuje młody człowiek, ani nie analizują długofalowo zapotrzebowania rynku pracy na specjalistów, tylko otwierają takie kierunki, na jakie są w stanie "zorganizować" wykładowców.
Narzekania pracodawców są ważnym miernikiem tego, jak kształci polska szkoła. Szkoły wyższe mają wprawdzie obowiązek udostępniać GUS-owi pewne dane, jednak są one niepełne, okrojone i nie odpowiadają na zasadnicze pytanie, co szkoła wyższa musi zmienić, by kształcić człowieka, który odniesie sukces na rynku pracy.
Krzywdzące byłoby stwierdzenie, że polskie uczelnie wyższe w ogóle nie interesują się losem swoich absolwentów. Prawdą jednak jest, że czynią to na nieporównywalnie mniejszą skalę, niż ma to miejsce w krajach wysoko rozwiniętych. Niedawno np. badanie efektów nauczania i zadowolenia z nauczania w Wyższej Szkole Europejskiej przeprowadzili, pod okiem swoich wykładowców (Magdalena Jelonek, Seweryn Krupnik i śp. Anna Kurczak) studenci trzeciego roku socjologii. Zapytali przedsiębiorców m.in. o ocenę wizerunku absolwenta WSE i analizowali pierwszą pracę podejmowaną przez ludzi z dyplomem tej uczelni.
Trzeba podkreślić, że WSE należy do młodych szkół, a jej absolwenci to osoby, które zazwyczaj kontynuują naukę na studiach magisterskich. Przyszli socjologowie przeprowadzili wywiady z pracodawcami, którzy byliby skłonni zatrudnić w swojej firmie osobę po kierunku humanistycznym.
Otóż pracodawcy podkreślali, że słabym punktem uczelni o profilu humanistycznym jest brak przełożenia zdobywanej wiedzy na umiejętności praktyczne. I nie chodzi tutaj tylko i wyłącznie o umiejętności ściśle zawodowe, ale też zdolność do praktycznego - analitycznego czy syntetycznego - w zależności od potrzeby, myślenia. Zwracali uwagę, że uczelnie humanistyczne powinny przykładać więcej wagi do specjalistycznej wiedzy praktycznej. Jeden z nich zauważył, że młodych humanistów charakteryzuje nieumiejętność myślenia takiego, które powoduje, że uruchamia się całą wiedzę, jaką się dysponuje. Jego zdaniem trzeba młodych ludzi uczyć tzw. trasferable skills , czyli takich, które można później wykorzystać do różnych zadań, w różnych sytuacjach.
Na znacznie większą skalę pierwsze kroki swoich absolwentów na rynku pracy prześledziła Politechnika Krakowska. Zbadała ona losy 787 absolwentów z rocznika 2006, czyli ponad połowę wszystkich swoich absolwentów z tego roku. Absolwenci odpowiadali na pytania Biura Karier tej uczelni już w pół roku od otrzymania dyplomu. Można się zastanawiać, czy okres ten nie jest zbyt krótki. Jednak badania tych samych absolwentów ma zostać w przyszłości powtórzone.
Joanna Żyra, szefowa Instytutu Ekonomii, Socjologii i Filozofii Politechniki Krakowskiej, koordynatorka badań, cieszy się, że w tak krótkim czasie od ukończenia studiów aż 80 proc. respondentów pracuje na umowę o pracę, w większości zgodnie z profilem wykształcenia, a z tego połowa jest zatrudniona na czas nieokreślony. Większość absolwentów pracuje w firmach o zasięgu międzynarodowym i ogólnopolskim. Ponad połowa zatrudnionych szukała pracy krócej niż miesiąc. Co dziesiąty absolwent założył firmę.
3 proc. absolwentów w ogóle nie szuka pracy (z różnych powodów, bo np. kontynuuje naukę). Co dziesiąty absolwent jest bezrobotny.
- To szokujące, ale jeden procent naszych absolwentów pracuje na czarno . Trudno uwierzyć, że szara strefa dotyczy również ludzi z tak wysokimi kwalifikacjami - manifestuje swoje oburzenie dr Joanna Żyra.
13 proc. pracujących absolwentów zarabia powyżej 3 tys. zł, 17 proc. - pomiędzy 2-2,5 tys., 18 proc. - pomiędzy 1500 a 2000 zł. 19 proc. nie udziela w tej sprawie informacji.
Gotowość do wyjazdu do pracy za granicę deklaruje ponad połowa badanych. - Okazuje się, że młodzi ludzie, których pierwsza pensja wynosi 3 tys. zł, wcale nie są z tego faktu zadowoleni. Połowa z nich poważnie rozważa wyjazd do pracy za granicę. Wielu myśli o wyjeździe na stałe - ostrzega dr Joanna Żyra.
Jeszcze kilka lat temu mówiło się o młodym pokoleniu 2000 - jako o generacji tych, których pierwsza pensja wynosi 2 tys. zł. Dziś młodym ludziom najwyraźniej marzy im się, aby być w pokoleniu 3000, ale nie złotych, tylko euro.
Czy to dobrze, czy źle?
- Bardzo mnie cieszy, że młodzi ludzie znają swoją wartość. Wiedzą, że są przygotowani do pracy nie gorzej niż ich koledzy z krajów na zachodzie Europy i chcą otrzymywać adekwatną do swoich umiejętności płacę - odpowiada dr Joanna Żyra. - Nasze badanie obaliło też mit, że bezrobotnymi są tylko nieudacznicy życiowi, którzy albo nie mają niezbędnych kwalifikacji, albo zwyczajnie nie chce im się pracować. Otóż bezrobotni uczciwie przyznają, że często powodem, dla którego nie podejmują pracy, są nieatrakcyjne warunki oferowane przez pracodawców. Odrzucenie ofert jest konsekwencją jednego lub kompilacją wielu czynników: zbyt niskie wynagrodzenie, brak perspektyw rozwojowych, praca niezgodna z profilem wykształcenia. Ci ludzie także biorą pod uwagę wyjazd za granicę. Pracodawcy będą musieli uznać ten fakt i coś z tym fantem zrobić. To do nich należy następny ruch w tej grze . Wszystko wskazuje na to, że w przeciwnym wypadku już niedługo będą musieli zadowolić się pracownikami z krajów biedniejszych, m.in. z byłego ZSRR.
Oczywiście do czasu, gdy i ci ostatni zrozumieją swoją wartość.
- Niełatwo będzie zatrzymać emigrujących zarobkowo absolwentów uczelni wyższych, bo ciężko będzie zrównać nieraz 7-krotnie wyższe płace europejskie z naszymi - podkreśla Magdalena Jelonek, socjolog (Uniwersytet Jagielloński, Wyższa Szkoła Europejska). - Należałoby się skupić na poprawie warunków pracy w polskich przedsiębiorstwach, a z drugiej strony na poprawie "warunków startu" życiowego młodych. Pewnie to frazes, ale bez własnego mieszkania ciężko jest nie myśleć o wyjeździe.
Jednak to, co najbardziej istotne w tym momencie i na czym powinniśmy skupić się ze zdwojoną siłą to - według Magdaleny Jelonek - "ściągnięcie" z powrotem do Polski młodych Polaków, którzy wyemigrowali, zapewnili już sobie kapitał finansowy potrzebny do startu życiowego i - jak wskazują badania - rozważają powrót do kraju.
- Jak ułatwić im zainwestowanie tego, co udało im się zdobyć za granicą, w Polsce - i nie mam na myśli tylko i wyłącznie kapitału finansowego, ale też kapitał społeczny i intelektualny - i jak ich przekonać, że warto postawić na Polskę, to jest już problem do rozwiązania w oparciu o głębszą analizę i badania. Jednak problem do rozwiązaniu tu i teraz, czego decydenci, mam nadzieję, są świadomi - zauważa dobitnie Magdalena Jelonek.
Monika Domańska, szefowa Biura Karier Politechniki Krakowskiej mówi, że przykładowo w Irlandii badania losów absolwentów wpisane są w tradycję uniwersytecką. Trinity College bada poczynania swoich absolwentów na rynku pracy od przeszło 50 lat. Irlandia powołała specjalną organizację, gromadzącą dane wszystkich uniwersytetów i politechnik. The Higher Education Autority rokrocznie wydaje raporty nt. losów absolwentów szkół wyższych, którzy zdają relację z rozwoju swojej kariery w 9 miesięcy po zakończeniu studiów.
We Włoszech od 1993 roku działa zintegrowany system rejestracji absolwentów AlmaLaurea. Baza danych łączy w sobie CV każdego absolwenta oraz jego opinie o studiach. Mając rozległe dane nt. oceny swojego systemu nauczania, szkoła wyższa może dostosowywać się do potrzeb studentów oraz rynku pracy.
W Hiszpanii większość uniwersytetów publicznych zajmuje się indywidualnie badaniem losów swoich absolwentów. W Katalonii badanie takie przeprowadza się na każdym uniwersytecie publicznym wśród wszystkich absolwentów z 3-letnim stażem pracy. Dostarczanie danych przez uczelnie państwowe jest obowiązkowe, a badania koordynuje katalońska Agencja Jakości Systemu Szkolnictwa. Powstała też Grupa Ekspertów Agencji Narodowej ds. Oceny Jakości Nauczania, która ma gromadzić dane na skalę krajową.
Brytyjskie wyższe uczelnie mają obowiązek co roku przeprowadzać wśród swoich absolwentów badanie nt. ich sytuacji na rynku pracy. Wymaga się, by szkoła wyższa dostarczyła agencji Ministerstwa Edukacji - Higher Education Statistics Agency informacje dotyczące co najmniej 80 proc. swoich absolwentów brytyjskich oraz minimum połowy absolwentów pochodzących z innych krajów. Badanie to przeprowadza się już w pół roku od otrzymania przez młodych ludzi dyplomów. Wszyscy, którzy przeprowadzają badania socjologiczne, wiedzą że osiągnięcie stopy zwrotu ankiet na poziomie 80 proc. jest nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza, że szkoła ma obowiązek zdobyć informacje o absolwencie, a ten dostarczyć jej informacji nie musi. Sposób przeprowadzania badań podlega audytowi firm doradczych. Tu nie ma miejsca na fuszerkę. Za niedopełnienie obowiązku grożą wysokie kary finansowe.
W Wielkiej Brytanii wyniki badań są asumptem do układania list rankingowych uczelni wyższych, gdzie podaje się nie tylko procent absolwentów, którzy po ich ukończeniu znaleźli pracę. Otóż młodzi ludzie na "do widzenia" wystawiają jeszcze swojej szkole cenzurkę, będącą wyrazem poziomu ich satysfakcji z edukacji. - Wyniki badań są szeroko rozpowszechniane przez mass media, dla których takie informacje są łakomym kąskiem. Dostępne są także na stronach internetowych każdej uczelni. Szkoły wyższe wykorzystują je podczas dni otwartych - w celach marketingowych. Zachęcają - chodźcie do nas, studia u nas zapewnią wam kiedyś dobrą pracę - opowiada Carey Widdows, kierownik Biura Karier Uniwersytetu w Reading (25 pozycja na liście 270 brytyjskich uczelni, pozom satysfakcji studentów 4 w skali od 1 do 5 i ponad 64,5 proc. "zatrudnialność" absolwentów). Przyjechał do Krakowa na zaproszenie Biura Karier Politechniki Krakowskiej, które przedstawiło podczas specjalnej konferencji "Pierwsze kroki na rynku pracy" wyniki swoich badań losów absolwentów.
- W krajach anglosaskich pomiar jakości nauczania (tzw. produktywności) szkół wyższych jest zjawiskiem powszechnym, bo niejednokrotnie uzależniającym przyznanie im dodatkowych funduszy. W Polsce naukowcy nie lubią się oceniać, a już tym bardziej nie lubią, jak ocenia ich ktoś inny. Pomiar jakości nauczania pozostaje raczej w fazie domniemania, okraszonego raz na jakiś czas kwestionariuszami oceny zadowolenia studentów z uczestnictwa w danym kursie. To za mało - zwraca uwagę Magdalena Jelonek, socjolog (UJ, WSE). - Dlaczego tak jest? Zapewne podstawową rolę odgrywają uwarunkowania kulturowe - po pierwsze brak kultury oceny, po drugie - brak zewnętrznych nacisków na ewaluację pracy uczelni, połączoną motywującymi do dalszej pracy nagrodami dla najlepszych.
Chyba najwięcej w Europie o współczesnym absolwencie uczelni wyższej wie prof. Rolf van der Velden z Uniwersytetu w Maastricht, który podczas tej samej konferencji zaprezentował wyniki zleconego przez Komisję Europejską gigantycznego badania losów absolwentów na rynku pracy. Wzięło w nim udział aż 35 tys. młodych ludzi z 15 krajów UE oraz Japonii. Przebadano ich pięć lat po ukończeniu studiów.
I co się okazało? Żyjemy w społeczeństwie wiedzy, w którym rola wyższego wykształcenia jest nie do przecenienia. Dostrzegają ją wszyscy przebadani absolwenci. Tylko odosobnione jednostki żałują, że poszły na studia. Rynek jednak jest coraz bardziej wymagający i zmienny. Dziś wzięcie mają inżynierowie budowlani, jutro będzie boom na biotechnologów. Globalizacja niesie za sobą ogromne możliwości pracy w międzynarodowych korporacjach, do której przygotowani są ludzie mobilni, potrafiący pracować w grupie, umiejący dogadać się i ze Szwajcarem, i z Chińczykiem. Profesjonaliści, wyposażeni w wiedzę oraz doświadczenie, potrafiący dostosowywać się do zmiennych okoliczności, ludzie z pomysłami, którzy potrafią motywować do pracy nie tylko siebie, ale i innych. Trzeba umieć w tym wymagającym świecie żyć.
Okazuje się, że to nie takie proste. Co dziesiąty respondent przyznał, że zaobserwował u siebie pewne istotne braki. Wszyscy zgodnie przyznali, że szkoła wyższa mogła ich lepiej nauczyć języków obcych, że mają pewne braki w zakresie umiejętności prezentacji i negocjacji, i nie są tak asertywni, jak by sobie tego życzyli.
Większość Europejczyków jest zupełnie zadowolona ze swoich studiów. Wprawdzie nie wszyscy piastują elitarne stanowiska, ale zdecydowana większość ma płatną pracę i jest przekonana, że warto było studiować. Najwyższy poziom satysfakcji z edukacji reprezentują Norwegowie. Nieco gorzej swoje szkoły ocenili mieszkańcy południa Europy, a także Brytyjczycy oraz absolwenci wszelakich szkół humanistycznych, którym było trudniej niż kolegom po uczelniach technicznych znaleźć pracę zgodną z kierunkiem studiów. Generalnie humaniści podkreślali wielką rolę studiów dla ich rozwoju osobistego, jednak nie zawodowego - znacznie częściej niż koledzy po kierunkach ścisłych podejmowali pracę niezgodną z wykształceniem i nie tak dobrze płatną.
Tylko co piąty respondent był zdania, że studia przygotowały go do prowadzenia własnej firmy.
Podkreślano, że tak zwane kierunki prestiżowe (renomowane kierunki w renomowanych uczelniach) z reguły gwarantują sukces na rynku pracy, podczas gdy trudne, wymagające wiele pracy studia w mniej popularnych szkołach - już nie zawsze. Podsumowując swoje doświadczenia z lat studenckich młodzi Europejczycy pochlebnie wyrażali się o praktykach związanych z kierunkiem wykształcenia i wolontariacie (okazały się przydatne w późniejszej pracy), zaś negatywnie o podejmowaniu jakiejkolwiek pracy, która daje tylko efekt doraźny, w postaci zastrzyku gotówki, ale nic poza tym.
Wszystkie te, zebrane w 300 stronicowym raporcie, informacje mają trafić do Komisji Europejskiej. Dokument ma być podpowiedzią dla szkół, w jakim kierunku mają zmierzać. W następnych latach projekt badawczy ma być kontynuowany w innych krajach europejskich - oprócz Polski także na Węgrzech, na Litwie, w Turcji i Słowenii. Politechnika Krakowska została zaproszona do udziału w projekcie jako koordynator badań prowadzonych na terenie Polski.
- Wyniki naszych badań mają być impulsem do wprowadzania zmian w programach studiów oraz zachętą do podobnych działań dla pozostałych uczelni w Polsce - zapowiada Monika Domańska, szefowa Biura Karier Politechniki Krakowskiej. - Pracowaliśmy w podobny sposób, jak się to odbywa w Europie Zachodniej, dzięki temu nasze i europejskie badania są porównywalne. A to jest bardzo ważne, gdy chce się wyciągać wspólne wnioski.
A rektor Politechniki Krakowskiej, prof. Józef Gawlik ma nadzieję, że wiedza zdobyta w wyniku badań pomoże wykreować u absolwentów postawy do działalności proinnowacyjnej, bez której nie może efektywnie rozwijać się gospodarka.
Polska szkoła wyższa najwyraźniej nie chce czekać, aż ją ktoś odgórnie zreformuje. Zamierza zreformować się sama. I jest to najpewniejszy sposób.
ALEKSANDRA NOWAK
Praca i Edukacja
Dziennik Polski
07-11-2007
